Wypadek podczas kolacji

W ciągu ostatnich miesięcy na polskim rynku wydawniczym pojawiły się aż DWIE albańskie książki! Sama nie wierzyłam własnym oczom, ale jedna po drugiej wychodziły powieści nie kogo innego, jak Ismaila Kadarego! Oczywiście w tłumaczeniu Doroty Horodyskiej!

W moim blogu padło już nazwisko Kadarego, który pozostaje najbardziej znanym i utytułowanym pisarzem albańskim na świecie. Można się podśmiewać, że tak znanym, że nikt normalny go nie kojarzy. W sumie racja – naszych wieszczy też nikt normalny za granicą nie kojarzy, więc jedziemy z literaturą albańską na tym samym wózku. Nie martwi mnie to wcale, gdyż jest to literatura doskonała.

Sam autor jest postacią ciekawą i kontrowersyjną – można napisać, że ciekawą, bo kontrowersyjną. Ismail Kadare urodził się w Gjirokastrze w 1936 roku i jego życie oczywiście splotło się z czasami dyktatury Envera Hoxhy. Jako dziennikarz, deputowany do parlamentu, a w końcu pisarz, który już swoją pierwszą powieścią narobił międzynarodowego zamieszania zawsze znajdował się w pobliżu władzy.

Po dziś dzień niektórzy uważają go za pupilka komunistów. Z kraju wyemigrował dopiero w 1990 roku, kiedy Hoxha już nie żył, a system padał. Wcześniej tego nie zrobił – chociaż wyjeżdżał za granicę… i „przemycał” pod przykrywką tłumaczeń mikro powieści  uderzające w ówczesne władze.

Faktycznie książki, które tworzy w zasadzie zawsze – nawet na marginesie i od niechcenia – komentują metaforycznie Albanię czasów koszmaru.

Podobnie jest z najnowszymi pozycjami, które ukazały się na naszym rynku. Są również zbiorem motywów znanych z innych powieści.

Pierwszym znakiem charakterystycznym stylu Kadarego jest tajemnica, której „rozwiązanie” wcale nie satysfakcjonuje czytelnika. W 'Wypadku” mamy sprawę wypadku samochodowego – zdawać by się mogło banalną, natomiast „Kolacja dla wroga” to całe zestawienie tajemnic zaplątanych w okół tytułowej kolacji.

W pierwszej z powieści Kadare moim zdaniem czasem nawet zbyt mocno zaciera ślady i miesza szyki. Nie wiadomo co jest prawdą, a co snem. Czasem nawet nie do końca wiemy kto jest narratorem, czy to jeszcze zeznania czy już wspomnienia nieżyjących od pierwszych stron głównych bohaterów. Tropem może być samobójstwo nieszczęśliwych kochanków. Może to być również morderstwo na tle politycznym, gdyż mężczyzna był analitykiem Rady Europy zajmującym się konfliktem na Bałkanach.

Nie będę ukrywać, że historia tym razem mnie zmęczyła i ukończenie książki nie wywołało we mnie fali entuzjazmu jak inne jego powieści. Czytałam opnie, że powieść wydaje się być przekombinowana. Mam podobne odczucia – mimo całej erudycji i kunsztu autora. Gdzieś zginął klimat, który u pisarza niezwykle cenię.

Natomiast „Kolacja dla wroga”, która wywołuje we mnie już pozytywne emocje to przede wszystkim portret rodzinnego miasta autora- Gjirokastry. Dumnego, z monumentalną i złowieszczą twierdzą na wzgórzu, mającego swoje opowieści (np. o arystokratkach czy pijaku o nazwisku Kadare, który przegrał w karty swój dom) i swoje sekrety. W tej scenerii ołowianych dachów i tysiąca schodów rozgrywa się historia z czasów Drugiej Wojny Światowej oraz komunizmu.

Tytułowy posiłek to legendarna kolacja, która miała miejsce w czasie wojny. Podobnie jak w książce niemieckich okupantów, którzy wkroczyli do miasta zaprosił Albańczyk. W trakcie kolacji zostali uwolniona pojmana grupa mężczyzn, którzy mieli ponieść karę w imieniu całego miasta, które stawiało opór.

Jaki przebieg miała sama kolacja, jak doprowadził do niej doktor Gurameto będący gospodarzem dla niemieckiego oficera von Schwalbego, dlaczego uwolniono zakładników, w tym Żyda, czy gość był tym za kogo się podaje… takich pytań w książce pojawia się z czasem coraz więcej, a ich prawdziwy wybuch następuje po wojnie, kiedy do władzy dochodzą komuniści, a życie Stalina wisi na włosku. Pojawiają się spiski i wszechobecna totalitarna paranoja.

c80a90eb-aebb-47a9-ba58-c6dd20be5574_470x kolacja dla wroga(1)

Kadare jest pisarzem, który pisze w sposób uniwersalny – nie jest hermetyczny i faktycznie wystarczą podstawowe informacje na tema Albanii żeby spokojnie rozkoszować się lekturą. Zawsze jak czytam jego książki w głowie otwiera mi się szufladka z prozą Orhana Pamuka oraz Ivo Adricia – chyba to znak, że czas na Nobla, gdyż zestawiam go z noblistami właśnie.

Ta właśnie nagroda jest jednym z najgorętszych tematów, które pojawiają się w kontekście pisarza. Znam nawet Albańczyków, którzy nie czytują Marqueza, bo uważają, że zabrał Kadaremu Nobla z przed nosa. Co jakiś czas w prasie pojawiają się artykuły, które albo w tytule albo w treści zawierają słowo NOBEL… Życzę żeby to się ziściło, bo byłoby super usłyszeć o Albanii w takim kontekście.

Feel the flow… wspomnienia z podróży II

Albania różni się od Kosowa.

Oczywiście wszystko przenika się i miesza. Kotłuje w wiecznym bałkańskim tańcu. Każdy „Bałkaniec” ma na twarzy piętno Imperium Osmańskiego. Gdzieś w ciemnych oczach, rysach, czarnych włosach… sama nie wiem. Mieszkańcy wszystkich krajów półwyspu mają w swoich twarzach specyficzną melancholię i zaciętość. Dzikość, mocny zarost i mocny makijaż. Nawet jak się śmieją to ich oczy jakoś tak diabelsko błyszczą szaleństwem, które w każdej chwili może wybuchnąć i stać się zarzewiem kolejnego konfliktu. Te ich wojny paliły już nie raz nasz kontynent. Nie raz rozbudzały cały świat, który zastygał w oczekiwaniu jakiejś nieopisanej katastrofy. Katastrofy, która objawiała się na tym obszarze zapomnianym przez Boga, a zarazem przez Boga tak dopieszczonym.

Poprzedni wiek nie był łaskawy. Jugosławię rozdarła wojna, natomiast Albania wpadła w szpony straszliwego totalitaryzmu. Jak już uciekli z pod jarzma też nie działo się dobrze… ale chyba w końcu wyjdą na prostą. Oczywiście jak oświecona Europa im pozwoli.

Albania powitała mnie deszczem…

Granicę przekroczyliśmy bez najmniejszych problemów i kontynuowaliśmy podróż naprawdę świetną trasą. Widoki jak przystało na kraj kontrastów zaskakiwały moich towarzyszy podróży. Góry i opuszczone postkomunistyczne budynki, które przerażały brakiem szyb. Miejsca, które zupełnie nie zaadaptowały się w nowych realiach. Symbolem tego upadku poprzedniego systemu zdecydowanie może być piramida Hoxhy, która straszny w samym centrum pędzącego w stronę kapitalizmu miasta. Albania nie wie co zrobić z  komunistycznymi wspomnieniami, ale właśnie swoja nieporadnością bardzo poprawia nastrój przybyszom z tej lepszej Europy. Chociaż trzeba przyznać, że centra handlowe mają tak samo bezduszne jak i w Polsce. Marki te same, chociaż znajdziemy też dużo niepopularnych u nas włoskich produktów. Buty i torebki z mojej perspektywy godne westchnień. Z resztą moje ukochane buty przywiozłam z Albanii właśnie i boję się, że kiedyś po prostu rozpadną się, gdzieś w podróży.

A Vlora zimą jest zaspana. Od zatoki wieje i wilgoć wdziera się wszędzie. Widać ten melancholijny rys jeszcze wyraźniej na albańskich twarzach. Wszyscy znajomi powtarzają, że zima to straszna nuda. Pogoda jest, ale nie ma komu jej doceniać, gdyż miasto jest w letargu. Albania zimą wydaje się nieprzyjazna – niezwykle hermetyczna. Brak kolorów sprawia, że zdaje się być narysowana grubą kreską, która może wzbudzać niepokój. Na pewno nie poddaje się łatwo obserwacji. Myślę, że fajnie się czasem zatrzymać i zastanowić, a nie w kółko powielać jakieś schematy. Nabrać dystansu.

Dobrze jest znaleźć knajpę przy porcie, gdzie pan w zaplamionym żółtym golfie będzie podawał nam najlepsze ryby na świecie. Przygotowane tak, że nie powstydziłaby się ich najbardziej wypasiona restauracja.

Dobrze jest spojrzeć na gruzowisko pozostałe po hotelach, które nie miały zgody na budowę i stwierdzić, że teraz z każdego punktu deptaka będzie widać morze i Vlorę w pełnej krasie.

Dobrze też trochę się zasmucić, że pośród tych gruzów legła również knajpka z pyszną jagnięciną lub miejsce, które pamiętało się ze względu na jakiś niewiele znaczący dla ludzi drobiazg. Jeżeli reagujemy na coś żywiołowo i osobiście to znaczy, że jesteśmy na swoim miejscu.

Albania powitała mnie deszczem… żeby później rozpogodzić się i zażartować „Tylko Cię sprawdzałam! Jesteś nasza.”

1004092_10152030163212737_1085928652_n 1013308_10152030162727737_1144206418_n 1546207_10152030163402737_923888230_n 1654277_10152030162927737_998061081_n 1794592_10152030163267737_1898797294_n 1796541_10152030163567737_1025618018_n

Feel the flow… czyli wspomnienia z podróży I

Kilka dni temu wróciłam z Bałkanów. W polskich temperaturach ciężko jest myśleć o „moich rejonach” bez tęsknoty.

Trasa była ciekawa i różnorodna, gdyż obejmowała Kosowo, Albanię, Czarnogórę oraz Chorwację. Jak jeszcze dodamy, że Serbia i BiH też znajdowały się na naszej drodze mamy lwią część półwyspu w garści. Od ponad 10 lat przemierzam te ścieżki i miarą mojego dorosłego życia są tak naprawdę nie lata, ale kilometry.

Niezależnie od tego który raz przemierzam Bałkany zawsze coś mnie zaskoczy, zastanowi lub oczaruje. Najważniejsze jest to, że pierwszy raz odwiedziłam Kosowo i w końcu byłam w samym środku „zimy” we Vlorze. Oczywiście ta wycieczka wywołała we mnie takie straszne pokłady emocji, że myślę, że na mojej głowie można było zagotować garnek całkiem niezłej zupy. Niejednokrotnie odczuli to towarzysze podróży, którzy musieli się przebić przez mój słowotok oraz mentalny haj. To niezwykle inspirujące, ale i na wskroś intymne mówić ludziom o swojej pasji, która nie musi być przez nikogo rozumiana. Bo kochać Bałkany to trochę jak żyć z na pozór brzydką żoną. Jeden ze znajomych kierowców mówi o swojej per Kazimierz… bo taka paskudna. Ale nawet w sztok pijany wraca jednak do niej 🙂

O Albanii mogę godzinami gadać i wyłuskiwać te wszystkie śmieci z jej pięknego krajobrazu. Złoszczę się. Obiecuje sobie, że to już ostatni rok w turystyce. Ostatni sezon na południu. Później uśmiecham się po kolejnym telefonie, kiedy udaje mi się wytłumaczyć zmartwionemu turyście, że naprawdę nie ma się czego bać, że nawet w tym chaosie stereotypów można znaleźć słońce, plaże i cudne jedzenie. O tym jeszcze nie pisze się wprost. Jeszcze nie każdy potrafi o tym mówić. Dlatego takie wariatki jak ja muszą czasem o tym krzyczeć. Sama sobie taki kierunek wybrałam. Nie mam co narzekać.

Drodzy czytelnicy.

Wiecie jak fajnie jest usiąść na piwku na deptaku w Prishtinie? Pośmiać się z tego, że można go przejść w minutę „wte i wewte”! Ale tak niesamowicie wystrojonych starszych panów widziałam tylko na pocztówkach z Paryża lub Wiednia. Płaszcze i kurtki w stonowanych beżach lub czerniach oraz wszechobecne szaliki w elegancką kratkę. Każdy z resztą tam jest jak z żurnala i cieszyłam się, że mogę się ładnie ubrać i usiąść w nienachalnym słońcu pośród tych ludzi, którzy chcą być w sposób zachodnioeuropejski  bogaci, ale jeszcze nie do końca wiedzą jak. To zdecydowanie łączy ich z Albańczykami, bo summa summarum w Prishtinie równie często jak albańską mentalność można spotkać również matkę Jugosławię. Godnie reprezentowaną przez komunistyczny monolit Hotelu Grand oraz megalomańską budowlę Biblioteki Narodowej.
Pamiętajmy również, że pierwszą rockową piosenką w języku albańskim był przebój na wskroś jugosłowiańskiego Bijelo Dugme Kosovska.

Jest bardzo eklektycznie ze względu na duże stężenie obcokrajowców w krwiobiegu miasta. Czuć tam ten nerw rozwoju i przemiany. Krok ludzi potrafi być szybki i zdecydowany. Rytm pędu nowoczesności miesza się z staromodnym, bałkańskim i  powolnym stukotem obcasów na odnowionym bruku. Kawiarnie krajów południowych same w sobie dają smak codzienności bałkańskiej.

Kelnerzy podają nam wino. Rozkładają serwetki na kolanach. Starają się dopieścić przybyszów z innego świata. Świata, który doskonale pamięta rozkładane stragany z pierwszymi telefonami komórkowymi. Pierwsze przemiany, bohaterów z mównic parlamentarnych i palce wzniesione w geście Viktorii. Kafejki internetowe na każdym rogu i życie, które w końcu traci wszechobecny koloryt szarości.

Chyba dlatego tak im wszystkim kibicuje żeby w końcu starli z siebie ten komunistyczny kurz i mogli iść w pełni dalej. Utracą dziewictwo, ale myślę, że zawsze będą mieli w zanadrzu swoją dzikość, która wcale nie musi być negatywnym słowem.

IMG_0131Prisztina_Kosovo1 Prisztina_Kosovo3 Prisztina_Kosovo8 Prisztina_Kosovo10

Mikołaj też jeździ mercedesem

Święta Bożego Narodzenia nie są tak uroczyście obchodzone w Albanii jak w Polsce. Przede wszystkim wynika to ze struktury religijnej, gdyż katolików jest ok 10 %. Jednak Albańczycy doceniają komercyjny wymiar tego święta.

Tirana nie różni się od innych stolic europejskich w tym okresie. Są kolorowe światełka, jest choinka na głównym placu, jest jarmark świąteczny.

W Albanii nie podkreśla się symboli religijnych i cały nacisk świąteczny jest przeniesiony na obchody Nowego Roku. Nawet znany nam Święty Mikołaj w Albanii jest nazywany Dziadkiem Noworocznym. Oczywiście w Katedrze św. Pawła w Tiranie odprawiana jest tradycyjna msza święta, która gromadzi wiernych. Nie jest ona jednak centralnym punktem wiadomości. Życie toczy się swoim torem, a Boże Narodzenie nie jest najważniejsze.
Nie obyło się tez bez gafy. Bujar Nishani – prezydent pomylił święta. W oficjalnych życzeniach bożonarodzeniowych napisał świętowaniu… zmartwychwstania. Oczywiście media to podłapały, chociaż i tak potraktowały prezydenta dość łagodnie.

Inną świąteczną informacją z pierwszych stron portali to wiadomość o napadzie na sklep w Tiranie, którego dokonał… Mikołaj. Znany raczej z dawania niż odbierania symbol świąt wpadł uzbrojony do sklepu jubilerskiego, a po wszystkim odjechał szarym… mercedesem oczywiście.

Premier świętował z rodziną Aleksa Niki, który zginął w czasie protestów 21 stycznie 2011 roku. Jednak najważniejszym poruszanym w jego kontekście tematem jest budżet 2014 oraz tzw. studniówka rządów. Oczywiście w obu przypadkach znów możemy obserwować kłótnię między Ramą, a Berishą, którzy są głusi na apele o pokój na Świecie.

Na koniec trochę świątecznych nutek.

 

28-11-13

Święto dziękczynienia? Dwutysięczne wydanie Dzień Dobry TVN? Nie.

Święto Niepodległości w Albanii.

Bardzo długo zastanawiałam się nad tym tekstem. Nad jego formą. Od czego zacząć. Na czym skończyć. Moją głowę jak zwykle opanowała obsesja napisania wszystkiego. Na szczęście zachowałam w sobie resztki zdrowego rozsądku.

Najważniejszy jest Plac Flag,o którym pisałam dwa tygodnie temu przy okazji opisywania Vlory. Tak właśnie następuje kumulacja wszelkich obchodów Święta Niepodległości. Wcale nie w stolicy, tylko w tym nadmorskim mieście, które w 1912 roku gościło delegatów z różnych stron Albanii. Trochę wykorzystując sytuację polityczną, a trochę też broniąc się przed nią podpisano Deklarację Niepodległości. Nie oszukujmy się, że nagle i bez najmniejszych problemów pojawiła się w glorii chwały ALBANIA. Kraj ten zawsze leżał w strefie bardzo różnorodnych wpływów. Z jednej strony upadające Imperium Osmańskie, z drugiej łasi na te ziemie sąsiedzi (Serbia, Czarnogóra, Grecja) oraz rozdające karty europejskie mocarstwa, które za chwilę utoną we krwi Pierwszej Wojny Światowej. Wojny, o której mówi się, że miała swój początek na Bałkanach właśnie.

Podobnie jak w przypadku Polski dzisiejszy kształt Albanii był również wypadkową tego co przyniosły kolejne lata i Druga Wojna Światowa, która może i ukształtowało wiele granic europejskich. Jednak na Albanię spuściła żelazną zasłonę komunizmu.

Dziś Albańczycy obchodzą sto pierwszą rocznicę ogłoszenia niepodległości. Śmiem twierdzić, że jest to najważniejsze tamtejsze święto – połączone również ze Świętem Flagi, która traktowana jest naprawdę z ogromnym namaszczeniem. Ze względu na wspominaną już przeze mnie „laickość” nie są obchodzone specjalnie hucznie święta religijne. Natomiast 28 listopada to jest prawdziwe wydarzenie.

Najważniejszy jest Plac Flag…

…chociaż Tirana również pragnie trochę tych zaszczytów zaznać, ale stolicę do świętowania wybrała jedynie opozycja. Edi Rama wybrał się do Vlory, gdzie w fantazyjnym krawacie (proszę wybaczyć mi moją słabość do stylu premiera) razem z prezydentem oraz burmistrzem Vlory uczestniczyli w głównych obchodach pod Pomnikiem Niepodległości oraz przy grobie Ismaila Qemali. Później w Teatrze Petro Marko odbyła się konferencja prezentująca projekt, który wygrał w konkursie na zagospodarowanie wybrzeża Vlory. Wybrzeża, które zmieniło się diametralnie, gdyż bezpardonowo zostały usunięte z niej budynki, które nie miały skompletowanych pozwoleń na budowę. Turystów w przyszłym sezonie powita odmieniony kurort. Nie oszukujmy się, że Vlora dużo ugrała na tak entuzjastycznym wsparciu  Ramy w tegorocznych wyborach. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy, bo rozwój miasta, które jest „moją stolicą” tego kraju nie jest mi obojętny.

Pośród tego świętowania słychać głosy rozczarowania. Porównuje się przede wszystkim tegoroczne obchody do zeszłorocznych. Faktycznie setna rocznica była celebrowana z niesamowitym rozmachem. Pamiętam, ze już sezonie czuło się przygotowania do tego święta. Cała Vlora była przyozdobiona portretami Ismaila Qemali, flagami oraz oficjalnym logo obchodów. Te symbole nagle nie zniknęły – nadal możemy je widzieć np. na autobusach. Przyznam, że sama nie potrafię dokładnie zrelacjonować wszystkich ważniejszych punktów  obchodów z 2012 roku. Wielość koncertów, festynów we wszystkich częściach Albanii przyprawiała o zawrót głowy. Przyjechała SAMA Rita Ora, a kumulacja wszystkiego miała miejsce…

Najważniejszy był Plac Flag…

…i niesamowite było to ile ludzi potrafi on pomieścić. Ludzie byli wszędzie: na ulicach, na dachach, na rusztowaniach powstającego hotelu. Albańczycy potrafią świętować z pełnym rozmachem. Tłumnie. Bezkompromisowo. Różnorodnie. Faktycznie ciężko dorównać szaleństwu, które opętało ten naród w zeszłym roku. Nie tylko z resztą sama przestrzeń kraju była kuq e zi. Cały Facebook wyrzucał setki zdjęć ludzi najczęściej prezentujących flagę z dwugłowym orłem. Nawet Google uczcił to specjalnym Google Doodle!

Jutro wszystko rozwieje coraz silniejszy o tej porze roku wiatr. Na pewno jednak nie ochłodzi dumy narodowej, która towarzyszy im cały rok.

albania_independence_day_2012-980005-hp DSCN0218 DSCN0266 DSCN0443

Miasto niepodległości

W Polsce dziś obchodzimy Dzień Niepodległości. W tym samym miesiącu obchodzą go również Albańczycy. Po tekstach lekkich czas na trochę poważniejsze tematy. Wprawdzie dopiero za około dwa tygodnie w Albanii będą świętować to dziś napiszę o miejscu kojarzonym z niepodległością. Zabrzmiało strasznie poważnie, a tak naprawdę będzie to opowieść o mieście, które już czytelnicy mojego bloga zdążyli poznać w wielu odsłonach. Mowa oczywiście o Vlorze. Kiedyś nazwałam je miastem uniwersalnym i zdania nie zmienię, a nawet im dłużej tam przebywam coraz silniej to odczuwam.

DSC_3710 2

Położenie Vlory sprawia, że może być bazą wypadową, miejscem dłuższego wypoczynku oraz zwykłym przystankiem na trasie. Dwie godzinki do Tirany, Berat podobnie, Gjirokastra czy Permet ponad trzy, no i oczywiście przełęcz Llogary, gdzie w ciągu godziny możemy się znaleźć.

Najpopularniejszym sposobem reklamowania Vlory jest podkreślanie, że leży na styku dwóch mórz: Adriatyku oraz Jońskiego. Faktycznie w okolicach tunelu i charakterystycznego (i bardzo znanego) hotelu New York znajduje się ta słynna granica. Różnica polega przede wszystkim na wyglądzie plaż, gdyż w okolicach tunelu zaczynają się plaże kamieniste i żwirkowe, a kończą pokryte wulkanicznym piaskiem. Nie jest to jakaś sztywna linia demarkacyjna, ale jednak działa na wyobraźnię i ma w sobie coś poniekąd romantycznego. Tam również zaczyna się deptak, który ciągnie się przez ok 4 km do samego centrum miasta.

Opisywanie całej trasy jest karkołomne. Restauracje bardziej i mniej eleganckie, knajpki z doskonałą kawą i lodami, pizzerie, nadmorskie „pijalnie piwa”, gdzie do litrowego kufla (mrożonego oczywiście) możemy zamówić przygotowywane w budzie przekąski, fast foody, dyskoteki (z muzyką tradycyjną i zachodnią), sklepy (warzywniaki oraz świetnie zaopatrzone markety)… Wieczorami rzeka ludzi, samochodów, cygańskie „odpustowe” stoiska, z Conversami za 10 euro i plastikowymi sandałkami, które są nie do zdarcia mimo, że kosztowały jedyne 500 leków.

deptak deptak3 deptak4 deptak6 deptak7 deptak8 detak1

Jak już dojdziemy do ronda z dwugłowym orłem upamiętniającym obchody święta niepodległości możemy pobuszować w centrum handlowym Riviera, albo przespacerować się w okolicach portu. Vlora jest jednym z najważniejszych miast portowych, ze względu na bliskość Włoch (ok 72 km) oraz Korfu (ok 130 km). Połączenia pasażerskie to głównie Brindisi, a port obsługuje przede wszystkim ruch towarowy. Vlora swego czasu znana była również jako centrum przemytu, gdyż przestępcy również wykorzystywali znakomite położenie miasta.

Teraz wykorzystują ją również wojskowi, zwłaszcza na bazie Pashaliman, gdzie aktualnie stacjonują wojska NATO, ale nie jest to jedyny budynek należący do marynarki wojennej we Vlorze. Znajduje się tam również m.in. szkoła oficerska. Tego lata odbywały się manewry wojsk amerykańskich oraz brytyjskich w tym rejonie. Wieść niosła, że były to działania przygotowujące do inwazji na Syrię. Na pewno stanowiły atrakcję dla turystów 🙂

port4 port

Wieczorem,  warto wspiąć się na wzgórze Kuzum Baba. Schody prowadzące na szczyt znajdują się w samym sercu miasta – prawie naprzeciwko meczetu, zaraz obok miejsca o wdzięcznej nazwie Elis Club,  gdzie wieczorami kierowcy autobusów, taksiarze i policjanci odpoczywają przy piwku. Większość mieszkańców Vlory to bektaszyci, czyli wyznawcy specyficznej formy islamu i właśnie wzgórze jest ich świętym miejscem, gdyż znajduje się tam mauzoleum ojca Kuzu. Z drugiej strony bliskie profanum ze względu na to, że w tej samej przestrzeni znajduje się restauracja, która zdecydowanie wykorzystuje fakt, że z góry widać całą panoramę miasta, która najpiękniej wychodzi na zdjęciach po zmroku. Kiczowate różowo-granatowe niebo i światła miasta. A nieopodal siedziba derwiszów, którzy podobno  przyjmą każdego, kto nie ma gdzie spać ani co jeść.

kuzumbaba

Jeśli zejdziemy już ze wzgórza możemy odwiedzić meczet Murada wybudowany w XVI wieku przez najlepszego architekta Imperium Osmańskiego. Idąc dalej znajdujemy się w miejscu, które upamiętnia wydarzenie, o którym wspomniałam na początki. Plac Flag, którego głównym punktem jest mający siedemnaście metrów Pomnik Niepodległości z 1978 roku, jest również miejscem spacerów i spotkań mieszkańców Vlory. Centralną postacią pomnika jest ojciec niepodległości czyli Ismail Qemali, którego grobowiec znajduje się kilka kroków dalej. Twarz Qemalego możemy zobaczyć również na autobusach czy znaczkach. Ten słynny polityk doprowadził do tego, że Albania wyrwała się spod tureckiego zaboru.

pomnik1

meczet

park2 park     grobowiec

grobowiec1

pomik

Aby dowiedzieć się więcej o tym okresie historycznym warto ponownie przemierzyć główną ulicę. W pobliżu portu i naprzeciwko najlepszego hotelu International znajduje się niewielkie Muzeum Niepodległości, wypełnione pamiątkami z okresu kiedy Vlora była stolicą kraju. Ten tytuł utraciła po kilku latach najpierw na rzecz Durres (1914 r), a następnie Tirany (1920 r).

Wracając do Placu Flag wędrujemy do czasów antycznych, gdyż znaleziono tam pozostałości po mieście Aulona, które według badań zostało założone ok VI wieku p.n.e. i początkowo znajdowało się pod panowaniem Ilirów. Ze względu na swoje strategiczne położenie stało się częstym celem ataków, a koniec końców jak większość ziem albańskich trafiło pod panowanie Turków. W tym okresie było także ważnym miastem portowym i handlowym. Z Vlory pochodziła żona Skanderbega (ze znakomitego rodu Arianitów) i tam odbyło się ich wesele….

…i tak dalej, i tak dalej. Mogłabym opisać jeszcze okres okupacji włoskiej, zgłębić lepiej czasy antyczne czy osmańskie, a może nawet napisać o 1997 roku, o którym niewiele moich znajomych chce pamiętać. Jak w całej Albanii historii jest nie na bloga, ale na całą książkę.

Vlora wciąga i uzależnia. Czasem denerwuje dźwiękami klaksonów, a czasem w tym zgiełku czujemy się jak ryba w wodzie. Z drugiej jednak strony jest to miejsce, gdzie można też naprawdę wypocząć, bo jakieś 20 km plaż daje możliwość ucieczki z centrum miasta. Ma wiele twarzy i imion, gdyż równie często Albańczycy używają greckiej nazwy Valona. Nic tylko pojechać i zobaczyć.

Obraz 710 DSCN0762 DSCN0749 DSCN0743 DSCN0738 DSCN0371 DSCN0368 DSCN0365 DSCN0362 DSCN0298 DSCN0292 DSCN0279

DSCN0278 DSCN0134 DSCN0116 DSC_3717

Największy spisek w historii

Życie w kraju, który nie istnieje jest dla cierpliwych. Niewiele jest o nim informacji. Trzeba samemu wielu rzeczy dochodzić. Nie wszystko jest oczywiste i można utonąć po uszy w mitach i stereotypach.

Pamiętam jak pierwszy raz trafiłam na ten tekst: w Nonsensopedii. http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Albania

Przyznam, że fragmenty bawią mnie do tej pory. Najważniejsze, że całość nie leci po tej linii najmniejszego oporu czyli nie opiera się na stereotypach dotyczących wyłącznie biedy, mafii i ogólnej rozpierduchy, bo to już się przejadło. Albania jako spisek brzmi absurdalnie i świetnie ilustruje również to jak niewiele o tym kraju wiadomo. Sama się przyznaję, że nie znałam i nie znam do tej pory odpowiedzi na wszystkie postawione w tekście pytania!

Spróbuję zmierzyć się z Albanią! A przy okazji kilka praktycznych informacji pośród mniejszych lub większych bzdurek.

  1. Czy znasz jakiegoś Albańczyka? Mówią, że są Albańczykami… więc chyba znam kilku.
  2. Czy znasz kogoś, kto zna jakiegoś Albańczyka? Ci Albańczycy znają się nawzajem, więc chyba odpowiedź twierdząca.
  3. Czy słyszałeś o jakimś Albańczyku? Marko z Tropoi – kto o nim nie słyszał i nie oglądał „Uprowadzonej”?
  4. Znasz tytuł jakiejkolwiek albańskiej książki? „Następca” Kadarego
  5. Czy słyszałeś jakiekolwiek słowo w języku albańskim? PO!
  6. Znasz albańską walutę? W Albanii jest na wszystko LEK!
  7. Czy widziałeś kiedyś albańską tablicę rejestracyjną? Tak – mają na niej symbol AA co może świadczyć o ich słabości do alkoholu.
  8. Widziałeś jakiekolwiek zdjęcie z Albanii? Poniżej kilka…
  9. Słyszałeś o albańskiej kuchni? Słyszeć nie słyszałam, ale jeść i owszem.
  10. Znasz numer kierunkowy do Albanii? +355
  11. A może znasz jakąś albańską firmę? Taci
  12. A jakiś albański film? Niestety nie ma filmu, który mógłby być kojarzony przez kogokolwiek. Najbardziej znana chyba jest „Amnestia
  13. Wiesz o jakimś wydarzeniu historycznym dotyczącym Albanii? Ogłoszenie Niepodległości 28.11.1912 r. – hucznie obchodzone i otoczone kultem, więc pierwsze się nasuwa.
  14. Jak ma na imię prezydent Albanii? Bujar (Nisani)
  15. To na pewno jest republika? Patrz następne pytanie…
  16. Skoro tak, to może gdzieś ci się obiło o uszy o jakichś wyborach? Dwa miesiące temu 23 czerwca o czym trąbiłam jak szalona.
  17. Widziałeś kiedyś metkę z napisem „Made in Albania”? Metki i etykietki, ale faktycznie da się je zobaczyć tylko w Albanii. Nie kojarzę w Polsce produktów Albańskich.
  18. Pokaż mi albańskie kodowanie znaków. CP852? (tak przynajmniej twierdzi wujek google)
  19. Spróbuj wyjechać na wycieczkę do Albanii z biura podróży. Ha! Pracuję w wimaginowanym kraju obsługując wyimaginowane wycieczki.
  20. Kup gdzieś „Rozmówki albańskie”. Swoje kupiłam na Allegro.
  21. Zapytaj kogokolwiek, co wie o Albanii. Moi drodzy czytelnicy proszę o odpowiedź na to pytanie!
  22. Podaj chociaż jednego gracza reprezentacji piłkarskiej Albanii. Tu nie miałam pojęcia, bo nie interesuje się kompletnie piłką nożną, ale od czego jest wujek Google! CAŁA REPREZENTACJA!
  23. Wymień trzy albańskie miasta. I nie próbuj zaglądać do atlasu – tam wszystko jest zafałszowane. Vlora, Tirana, Berat….
  24. Dobra, wobec tego chociaż dwie albańskie rzeki. Vjosa i Osumi
  25. OK, niech będzie – jeden albański zabytek. Jeden z moich ulubionych: Twierdza w Gjirokastrze

Ufffff było oczywiście bardzo ciężko! Na pewno nie wszystkich przekonałam, ale osobiście lubię w Albanii właśnie to, że wymyka się schematom.

image004 image001 image002 image003

O kobietach, które noszą sygnety

Dziś temat popularny co również budzący kontrowersje. Popularny, bo i tajemniczy oraz dotyczący kwestii płci.

Nie chcę ogłaszać się specjalistką i pisać rozprawa naukowych, jednak przy okazji pojawienia się w „polskich internetach” tego o oto artykułu poczułam, że temat należy rozwinąć. Przede wszystkim dlatego, że problem w samym tekście opisującym zdjęcia został mocno spłycony. Potraktowany z jednej perspektywy przez co stał się tylko jakąś ciekawostką pozbawioną trochę głębszego sensu, ale służącą jednej ideologii. Czytając podpisy pod zdjęciami można sobie wyobrazić taki dziki kraj, gdzie jak to bywa na południu rządzą macho i kobiety, a zwłaszcza młode dziewczyny chcąc mieć więcej praw obcinają włosy i zakładają spodnie. Pstryk stają się facetami i wszystko jest fajnie i pozamiatane.

Wyjść należy od Kanunu czyli prawa zwyczajowego obowiązującego przez wieki w Albanii. Są teorie, które widzą korzenie kanunu już w czasach starożytnych, ale jednak sformalizował się w wieku XV. Stworzenie własnego systemu praw wynikało z organizacji klanowej i z braku typowych instytucji zajmujących się egzekwowaniem prawa. I właśnie zapisy tego zwyczajowego prawa również poruszały kwestię burrnesha czy inaczej virgjëresha shqiptare.

Jest prawdą, że kobiety, które chciały uniknąć aranżowanego małżeństwa mogły stać się „mężczyzną”. Jednak rodzina musiała to zaakceptować. Faktycznie to był jedyny sposób żeby uchronić się od zemsty niedoszłego małżonka oraz zachować honor.

Następnym powodem był brak mężczyzn w rodzinie. Dawniej w wyniku wojen, chorób śmiertelność była większa. Ze względów praktycznych rodzina potrzebowała męskiej głowy rodziny. Wielu rzeczy kobieta nie mogła załatwić – była pozbawiona praw. Nie mogła chronić swojej rodziny, dysponować majątkiem. Dlatego też kobiety decydowały się lub były zapewne w jakimś stopniu zmuszone do przyjęcia na swoje barki „zmiany płci”. Często sytuacje dotyczyły również kwestii tzw. krwawej zemsty, której prawidła również są wyłożone w Kanunie. Tylko męscy potomkowie mogli pomścić czyjąś śmierć. A często bywało i tak, że całe męskie linie ginęły właśnie przez ten zwyczaj. Wtedy z poczucia obowiązku kobiety przywdziewały męski strój, a co za tym idzie i wszystkie konsekwencje tego czynu.

Znane są również przypadki, kiedy w rodzinie brakowało żeńskiego potomka i z jakiś powodów wiadome było, że już więcej dzieci w rodzinie się nie pojawi. Wtedy najmłodsza córka od początku była wychowywana jako chłopiec.

Strój, fryzura czy zachowanie to jedno. Zaprzysiężone dziewice przez społeczność były traktowane bez cienia ironii czy złośliwości. Były mężczyznami – koniec i kropka. Przebywały w męskim towarzystwie i nikt nie odmawiał im równego traktowania.

Śmiem jednak sądzić, że dla kobiet sprawa nie była taka oczywista i prosta. Wiele kobiet, z którymi przeprowadzane są wywiady mówi, że zawsze czuły się inne, nie czuły się kobietami. Ale jednak uważam, że przypadki współczesne różnią się od dawniejszych. Chociaż zastanawiający dla mnie jest sam moment przełomu. Chwili kiedy kobiety wychodzą na ulicę i zaczynają identyfikować się z inną płcią, innymi realiami życia oraz inną funkcją w społeczeństwie.

Prawa i wolność to jedno, ale jeśli kobieta została w jakimś sensie przymuszona do tej tradycyjnej zmiany płci. Jak przyjęła to nie jako wybawienie tylko jako brzemię? A pamiętajmy o bardzo istotnej kwestii. Przysięga nie mogła zostać złamana! Za złamanie jej płaciło się głową. Poczucie obowiązku wobec rodziny jest często silniejsze od wszystkiego – zwłaszcza jak jesteśmy wychowani w silnej tradycji. Ciekawe jest jednak to drugie dno, kiedy burrnesha zaczyna dorastać i kochać, ile historii tego typu zakończyło się nieszczęściem.

Jeszcze w czasach, kiedy przez myśl mi nie przeszło, że tak mocno życie zwiąże mnie z Albanią czytałam bardzo dobry reportaż w Wysokich obcasach: Spodnie dają mi wolność.

Bardzo polecam – fajnie napisany i pokazujący bohaterki we współczesnym świecie. Ta zmiana płci nie jest taka tradycyjna, obwarowana prawami Kanunu. Staje się faktycznie manifestem, który wynika z realiów czy potrzeb. W ten sposób tradycja staje się sprzymierzeńcem tych kobiet.

Czy widziałam virgjineshe? Chyba tak. Raz oglądając niewielki hotel przedstawiono mnie… co tu dużo mówić bardzo męsko wyglądającej kobiecie. Tradycja ta jest żywa przede wszystkim na północy kraju. Nikt jednak nie twierdzi, ze we Vlorze mieszkają tylko ludzie „stąd”. Albańczyk, który ze mną był nie umiał odpowiedzieć na pytanie czy to „babochłop” czy faktycznie udało mi się poznać kogoś, o kim czytałam.

OPA! OPA!

Jedno z najważniejszych pytań, które pojawia się w związku z Albanią to „Czy jest tam co robić?” Dosłownie, prosto z mostu, bo komu Albania kojarzy się w ogóle z jakąkolwiek rozrywką? No szybciej z babą na ośle ewentualnie chłopem… również na ośle. Dyskoteki? Restauracje? Imprezy? To chyba nie tu?

Mieszkańcy Bałkanów to bardzo rozrywkowi ludzie o czym mogą się przekonać bywalcy kurortów w Czarnogórze, Chorwacji czy Bułgarii. Więc dlaczego o nie zacząć myśleć tak o Albanii? Najwyższy czas zmienić strategie marketingowe i przestać przedstawiać ten kraj tylko jako ostatni dziki zakątek Europy, bo to troszkę pachnie skansenem i naftalinom. Optuję za umieszczeniem na folderach zdjęć  przystojniaków w modnych ciuchach, którzy z postawionymi kołnierzami przemierzają deptak oraz dziewczyn, które zawsze z idealnym makijażem w seksownych sukienkach kroczą na wysokich obcasach. Te spacery zwykle kończą się na tańcach.

W Albanii bardzo znane są dyskoteki umiejscowione na plażach. Szalone zabawy trwające czasem nawet cały dzień. Najlepsi DJ-e z różnych zakątków Europy, drinki z parasolką i co tu ukrywać rozpusta jak z „Pamiętników z wakacji”. A jednak cenowo przystępniej.

Sposób zabawy w Albanii jak i w większości krajów bałkańskich jest dość specyficzny dlatego, że przy „zachodnich” nutkach ludzie bawią się przy stolikach. Tam sobie z nóżki na nóżkę dygają lekko kręcąc bioderkami lub raz co jakiś czas klaskając. Na parkiet, zwykle okrągły, tak naprawdę potrafi wyciągnąć młodych muzyka na żywo. Ale jaka! Tradycyjna! Coś zupełnie nie do pomyślenia w Polsce. Nie oszukujmy się – przy Mazowszu rzadko kto lubi wywijać.

Tradycyjna muzyka albańska została już przepuszczona przez maszynkę popkultury, chociaż zachowuje teksty i melodie z przeszłości. Najważniejszy jest klarnet i wokalistka/wokalista. Zazwyczaj do zespołu dochodzi jeszcze pan grający na keyboardzie. Wiem brzmi śmiesznie, jak z wiejskiej dyskoteki w Pciniu Dolnym. Gdy jeszcze dodamy do tego image wokalistki, która natapirowana i cala w cekinach chwieje się na nieprzeciętnie wysokich obcasach to można odnieść naprawdę błędne wrażenie. Dlaczego błędne? Kto widział ten wie. Jeśli tylko komuś udało się zobaczyć taką zabawę później opowiadał o tym jeśli nie z zachwytem to z dużą dozą szacunku.

Wszyscy od najmłodszego do najstarszego znają tu kroki „kolo”. Tańczy się wspólnie trzymając się za ręce – jak ktoś słyszał o tym jak się tańczy Zorbę w Grecji trochę może sobie to wyobrazić.

Dziś udało mi się wyciągnąć młodzież na taką imprezę. Oczywiście rytmy zachodnie wyciągnęły ich na parkiet. Zastanawiałam się co się stanie jak zacznie się ten typowy koncert. Muzyka zmieniła tonacje. Na parkiet wyszła odziana w cekiny piosenkarka. Rozcięciem w sukience eksponowała mocno wysportowaną nogę. „OPA! OPA!” raz po raz wołała! I faktycznie część młodzieży posłuchała. Młodzi Albańczycy prowadzili przyspieszając, ale my nie pozostawaliśmy w tyle! Wszyscy dziwili się, że wśród publiczności były również maluchy, które ledwo stawiały pierwsze kroki albo starsze panie w wieku naszych babć lub cioteczek. Przyswajanie kultury w praktyce przebiegło bardzo sprawnie. Nagle Albania, która według Nonsensopedii jest krajem, który nie istnieje stała się miejscem, gdzie „jest co robić”.

I tak trzymać!

Co nowego w stolicy?

Byłam ostatnio na wycieczce w Tiranie i naprawdę stolica tętni życiem.

Nie jest to najpiękniejsze miasto na świecie. Nie ma starówki, ani historii sięgającej czasów antycznych (tak jak wiele albańskich miast). Socrealistyczne koszmarki możemy spotkać na każdym kroku, ale powoli również tej znanej również w Polsce formie nadawany jest nowoczesny sznyt. Blok czyli dzielnica dygnitarzy partyjnych zamieniła się w ulicę, gdzie na każdym kroku spotykamy klimatyczne i modne kawiarnie i bary. Wszystkie doskonale urządzone i pełne ludzi. Dodatkowo jeszcze knajpy z lanym piwem i świetnym jedzeniem. Całe centrum usiane jest takimi miejscami o różnej stylistyce. Nawet pod kompletnie niszczejącą Piramidą Hoxhy również wystawiono ogródek piwny co uważam za znak czasów i rozwoju.

To miejsce z resztą ma również swoją historię. Zbudowana w latach osiemdziesiątych według projektów córki samego dyktatora miała służyć jako mauzoleum wodza. Jednak po upadku komunizmu popadała z roku na rok w coraz większą ruinę. Kiedyś cała pokryta białym marmurem aktualnie jest rozpadającą się konstrukcją z wielkiej plyty i betonu. Wstydliwą pamiątką po czasach minionych. Tak wstydliwą, że nawet były plany zburzenia jej. Naród podobno się nie zgodził… bardzo dobrze. Ale niech teraz naród coś z tym koszmarkiem zrobi. Nie mówię o samej formie, bo to jednak sprawa zawsze dyskusyjna. Nasz Pałac Kultury również ma tyle samo wrogów co zwolenników. Można z tym miejscem zrobić coś naprawdę ciekawego – chyba piramida czeka na człowieka  zpomysłem… a pomysłów w Tiranie coraz więcej.

Ostatnio n głównej ulicy natknęłam się na nową i zarazem ciekawą ekspozycję. Trzy „eksponaty”… Kawał muru, typowy pokomunistyczny bunkier oraz jakiś dziwny szkielet. Otóż jest to ciekawy pomnik – ostrzeżenie. Pomnik – wspomnienie koszmaru. Pokryta graffiti ściana to fragment Muru Berlińskiego. Obok bunkier czyli symbol komunistycznego koszmaru Albanii. Oraz fragment konstrukcji podtrzymującej szyby kopalni w Spac’u, gdzie wysyłani byli internowani opozycjoniści i gdzie wybuchł najsłynniejszy bunt. Ta instalacja nazywa się ‘Post-bllok” (Checkpoint). Ich autorami są Fatos Lubonja i Ardian Isufi. Pierwszy to pisarz (znany również w Polsce), który był 17 lat więźniem reżimu komunistycznego. Drugi znany albański artysta. Informacji o tym projekcie nie znajdziecie w żadnym przewodniku… gdyż powstał w 2013 roku.

Ciekawostką w Tiranie jest również pomnik Fryderyka Chopina, który w świadomości Polaków otoczony został kultem. Został odsłonięty przez Aleksandra Kwaśniewskiego  12 listopada 2003 roku. Możemy być dumni, gdyż to jedyny pomnik obcokrajowca jaki znajduje się na terenie Albanii. Czy ktokolwiek pamięta takie wydarzenie?

Samo serce miasta czyli plac Skanderbega to również zbiór ciekawostek komunistycznych. Miasto tonie w takich legendach. Moim zdaniem świetnie oddał ten klimat Ismail Kadare w książce „Następca”, gdzie ciągle pojawia się sprawa tunelu łączącego dom Wodza z domem Następcy. Tunelu? Tuneli? A może tylko tylko legendy? Kłamstwa? Komunistycznego mitu?

Wiele jest takich legend z „zamkniętego państwa” jakim była Albania za czasów Hoxhy. Dwumetrowe żółwie w Fierze, które zmutowały przez zanieczyszczenia z fabryk. Bagnety zasadzone na drzewach i słupach wysokiego napięcia, które miały chronić kraj przed desantem spadochroniarzy. Czy kręte drogi, które nie mogły służyć jako lądowiska dla obcych sił. W to ostatnie jakoś łatwiej uwierzyć widząc wrak amerykańskiego wojskowego samolotu w Gjirokastrze, który lądował awaryjnie na lotnisku w Tiranie w latach pięćdziesiątych. Chociaż może to halucynacje od nadmiaru bunkrów.

Wróćmy jednak do samego serca Tirany. Ulica Męczenników Narodowych kiedyś nosiła imię Stalina ( a jeszcze wcześniej króla Zogu I). Natomiast kamień węgielny pod Operę Narodową kładł sam Nikita Chruszczow, który przez swoje odcięcie się od stalinizmu podpadł Hoxhy i tak zakończyła się miłość albańsko-radziecka. Kiedyś znajdował się też tam pomnik samego Wodza – oczywiście lśnił złotem od stóp do głów. Później na głowę upadł obalony razem z komunizmem. Podobny los spotkał również Stalina i Lenina, którzy spoglądali na siebie jak przystało na towarzyszy.

Pewnie Tirana jeszcze nie śpi. Vlora też nadal podryguje. Na dobranoc kilka zdjęć.

image031 image002 image006 DSCN0156 DSCN0154 DSCN0155 image027 image017 image018 image019 image020 image021 image023 image024 image025 image026