Bałkańskie kociołki

Od dwóch tygodni albańskie i serbskie media huczą. Huczą o czymś co dla nas Polaków było kuriozum, wydarzeniem ciekawym aczkolwiek nie takim żeby zbyt długo się nad nim zastanawiać. Osobiście ja cieszę się jak coś się dzieje wokół Bałkanów. Czasem i według zasady – niech gadają! Nawet źle. Continue reading „Bałkańskie kociołki”

Polska okupacja

To co przez ostatnie miesiące działo się w moim życiu jest trudne do opisania „ot tak”.

…i tak powinnam skończyć notkę, ale już tyle razy byłam ganiona za brak wpisów przez czytelników, że nie mogę odpuścić. A po tak długiej przerwie bardzo trudno jest wrócić do pisania. Nie z lenistwa czy zmęczenia. Bardziej ze względu na pogoń myśli i brak możliwości posegregowania wszystkich tematów, które narodziły się podczas nieobecności. Continue reading „Polska okupacja”

Nadajemy na żywo!

Wiem doskonale, że przez ostatni miesiąc zaniedbałam trochę swoich czytelników. Jednak mam nadzieję, że wszyscy mi wybaczą, bo przygotowywałam się do czegoś ważnego…

DO WYJAZDU!

Oficjalnie informuję, że od tej chwili nadaję z Albanii!

Co nowego? Ciężko mi stwierdzić jasno i klarownie, bo czuję się już tak jak u siebie – nadal są rzeczy, które mnie śmieszą, dziwią czy denerwują… ale Albania zawsze jest Albanią, a Bałkany Bałkanami. Można wierzyć lub nie, ale czas ma tu zupełny inny wymiar. Rzeczy dzieją się albo wolno, albo w mig, bez specjalnej refleksji.

Zanim przejdę do sentymentów, które zawsze są zakotwiczone w moich bałkańskich podróżach powiem, że bardzo dużo dobrego się dzieje. Na pewno będę mogła polecić kilka nowych miejsc we Vlorze. Plaża wygląda aktualnie jak po wybuchu bomby, bo jest przygotowywana  na przyjęcie turystów. Wszystko jest „orane”, sprzątane, grabione. Wygląda to jakby budowali po zimie wszystko na nowo i faktycznie w ciągu tygodnia potrafią stworzyć nowy świat – KURORT! A słowo kurort to cały worek znaczeń i rozrywek. Pojawiają się pierwsze plakaty informujące o imprezach otwierających sezon i mimo, że w ruchach Albańczyków nie ma przesadnej gorączki to wiem, że zanim się obejrzę cała układanka będzie kompletna.

A albańska układanka jest trochę bardziej skomplikowana, bo łączy w sobie pewien rodzaj dzikości kraju, który dopiero przyjmuje na swoje barki dobrodziejstwa turystyki z niesamowitą umiejętnością przyjmowania turystów „na szeroko”. Super hotele kontrastują z przaśnymi knajpami, gdzie zjesz doskonale mimo, że kelner nie jest może wyprasowany. Wypasione restauracje z kryształowymi żyrandolami nie przerażają cenami z kosmosu. Nadal na szczęście jest tanio, chociaż od 2011 roku obserwuje delikatne skoki cen i zawsze radzę – lepiej teraz, bo nagle może nastąpić wielki lot cen, który sprawi, że już nie będzie można zjeść michy małży za 25-30 zł. Może wtedy będzie jeszcze śliczniej, mniej chropowato… ale czy tak naprawdę o to chodzi? Na pewno życzę Albanii stabilizacji, również pod względem turystycznym, ale zawsze pozostaje pewien lęk, że gdzieś zgubi się ta „dusza” ten cały sens, który objawia się w osiołku na środku drogi lub krowie, która majestatycznie wędruje między blokowiskami. Jak jest luz to jest i bałagan 🙂 A przecież każdy oczekuje luzu na wakacjach. Najważniejsze żeby ludzie przestali się bać Albanii. Szczęśliwie znam coraz więcej turystów, którzy oczywiście to i tam skrytykują, ale pukają się w głowę jak pojawia się opinia o niebezpiecznym i dzikim kraju. Ja słysząc o dzikusach zwykle zastanawiam się co by było jakbym zaczęła tak mówić o mniej lub bardziej bliskich tej osoby. Pewnie byłaby afera 😉  To kwestia „smaku”.

Wróćmy do Albanii, bo ona tu jest najważniejsza. W Tiranie miałam cudne słońce i tłumy na ulicach. Pozdrawiam przy okazji wycieczkę muzealników z Polski, którą miałam okazję w przelocie spotkać! Może ktoś z nich akurat trafi na mojego bloga.

W Tiranie coraz bardziej widać aspiracje kraju do zbliżenia się do Europy, zarówno w wymiarze UE, jak i w sensie, który jeszcze powinniśmy pamiętać z czasów, kiedy byliśmy brzydszą kuzynką ze wsi Europy Zachodniej. Tak strasznie modliliśmy się żeby przestali mówić o tym, że w Polsce białe niedźwiedzie biegają po ulicach miast i że jesteśmy złodziejami, którzy jedzą łabędzie samej królowej brytyjskiej. Pamiętam szał, kiedy otwierano pierwszego McDonalda w Warszawie i każda wycieczka szkolna musiała się tam zatrzymać! Albania teraz też przechodzi okres bezrefleksyjnego zachłyśnięcia zachodem. Wszystko co jest najlepsze ma przydomek „amerikane”. Nieskromnie powiem, że raz rzucono mi komplement „Ciebie Iza wszyscy obserwują, bo wyglądasz… no wiesz… jak z Ameryki!”. Mi osobiście wydaje się bardziej, że wynika to z tego, że jestem krótkowłosą blondynką.

We Vlorze pogoda się zepsuła. Jednak maj jest strasznie kapryśny. Mogę jednak obiecać i turyści to potwierdzą, że jak na początku czerwca zaświeci słońce to do września „nie zajdzie” na dłużej niż na pół godzinki przelotnej burzy. A to też trzeba sobie u bogów wyprosić, bo lipiec i sierpień potrafią przejść bez najmniejszego obłoczka na niebie.

Jak już wspomniałam kurort się buduje. Myślę, że nikt się nie zawiedzie, bo będzie dużo nowych miejsc i smaczków. Ja kolejny rok będę wieść żywot hotelowy… nie oszukujmy się czekałam na to, bo od krzesła można dostać „bólu dupy” 🙂

IMG_0330Słoneczna Tirana

IMG_0331

OTWIERAMY SEZON!IMG_0332 Jakby ktokolwiek miał wątpliwości, gdzie jestem… 😉IMG_0324Skanderbeg w pełnym słońcu!

IMG_0326Tyle słońca w całym mieście!

Amsterdam Express

Znów byłam w Amsterdamie i znów pojawił się w mojej głowie temat dość kontrowersyjny. Narkotyki już były. Dziś zajrzymy do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Moja wizyta w liberalnym raju zachodniej Europy zbiegła się również z premierą albańskiego filmu „Amsterdam Express”.

Film jest koprodukcją albańsko/ holendersko/ brytyjską i wzbudza dość duże kontrowersje. Głównie ze względu na tematykę, gdyż znów na światło dzienne wyciągany jest temat albańskiej mafii i handlu żywym towarem. Nie ma co się oszukiwać, że na Albanii nadal ciąży piętno przestępczości bardzo dobrze zorganizowanej. Albańska mafia razem z Serbską były uznawane swego czasu za najsilniejsze na Bałkanach. Z resztą nie działały tylko na tym obszarze, ale ich macki rozprzestrzeniały się na cała Europę. Ciekawe jest to, że mimo waśni politycznych te dwie mafie bardzo często ze sobą współpracowały. Takie działanie ponad podziałami. Legenda głosi, że mafia pruszkowska nie chciała mieć z nimi nic do czynienia. Jednak to wszystko to już tylko mgliste wspomnienia potęgi…

Badania z 2009 roku pokazały, że siła albańskiej mafii jest jednak wyolbrzymiona i przestępczość wśród Albańczyków w krajach zachodniej Europy rok rocznie jest coraz niższa. Dodajmy do tego przemiany społeczne, które zachodzą w samym kraju i które powodują, że znaczenie i widoczność mafii w samej Albanii stają się coraz słabsze.

Zapytałam o mafię Albańczyka, który najpierw ściemniał i ściemniał, aż w końcu powiedział, że na przełomie wieków owszem mafia we Vlorze była widoczna. Ale teraz mafiozi działają już na innych zasadach i same struktury bardzo się zmieniły. Nazywa się ich biznesmenami. Czyli w sumie tak jak wszędzie 😉

Albańczycy nie lubią tematu mafii, bo to kolejny stereotyp, z którym nie chcą być kojarzeni. To jedno. Poza tym o takich rzeczach się po prostu nie rozmawia. To jest taki trochę tajemniczy świat, który jest w podziemiu i faktycznie zupełnie nie dotyczy turystów. Przez wszystkie lata nie zdarzyło mi się żadna sytuacja, którą mogłabym skojarzyć z mafią. Gorszym problemem w Albanii jest moim zdaniem korupcja, która sprawia, że systemy mafijne tak naprawdę trzymają się w strukturach administracyjnych czy w szeregach policji, która bardzo lubi dorobić sobie na drobnych łapówkach. Podobnie rzecz wygląda na granicach, gdzie często za szybki „transfer” trzeba zapłacić i to nie tylko po stronie albańskiej. Czarnogórcy czy Serbowie też uwielbiają pobierać „bakszysz”.

Z wątków polskich oprócz studentów przemycających marihuanę w butli turystycznej pamiętam historie aresztowanej we Włoszech pary, która  przemycała narkotyki i zajmowała się ich rozprowadzaniem. Byli to Albańczyk i Polka.

W ogóle w słonecznej Italii, gdzie tradycja mafijna jest bardzo bogata temat wpływu Albańczyków na jej struktury to osobna i bardzo głęboka kwestia. Jedna z teorii mówi o tym, że wspomniany przeze mnie już Kanun czyli prawo zwyczajowe, które razem z emigrującymi Albańczykami trafiło do Włoch miało ogromny wpływ na kodeks mafiozów. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że włoską mafię stworzyli właśnie potomkowie Skanderbega.

Wróćmy jednak do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Oprócz narkotyków i broni Albania była znana z handlu żywym towarem. Różne źródła wspominają przede wszystkim o handlu kobietami z takich krajów jak Bułgaria, Macedonia czy Mołdawia. Sytuacje z „Uprowadzonej” czyli porywanie turystek czy to na terenie Albanii czy innych krajów są raczej barwnym wymysłem Hollywood. Zasada jest okrutna, ale nie pozbawiona logiki. Zmuszane do nierządu były kobiety z biednych krajów, o które nikt nie dba, o które nikt nie będzie pytał. Stąd u nas na głównych drogach tyle Ukrainek oraz Białorusinek, które też nie są przecież w Polsce dla przyjemności…

Jak pierwszy raz jechałam jako rezydent z grupą do Vlory jakiś genialny kierowca wrzucił właśnie film „Uprowadzona” do odtwarzacza. No cóż – popkultura rządzi się swoimi prawami i Marko z Tropoii będzie pojawiał się w pytaniach turystów chyba zawsze. Obok Matki Teresy to najbardziej znany Albańczyk.

Przypomnijmy sobie na koniec ten klasyk 🙂

 

 

 

Biurko na plaży

Od kiedy wiosna wdarła się szturmem do Polski czuję, że to już niedługo… ciężko mi wysiedzieć za biurkiem. Najciekawsze, że w moim wypadku nie chodzi ani o plażowanie, ani o wypoczynek. A właśnie o tym w sumie chciałam napisać, bo ostatnio często rozmawiam z moimi turystami, którzy za chwilę będą gościć w Albanii i mają masę pytań. Dlatego dziś znów garść typowo wakacyjnych informacji.

Na urlopie każdy chce wypocząć, wygrzać się i opalić. Ja ze względu na bardzo jasną karnację chronię się jak mogę i turyści zawsze wypominają mi to, że jestem kiepską reklamą plażowania. No cóż – taka zawodowa przypadłość 🙂

Wiele osób nie chce jechać na wakacje w szczycie sezonu. Tłumaczą swoją decyzję tym, że nie lubią tłoku oraz upałów.

Faktycznie w lipcu oraz sierpniu w Albanii, w szczególności w kurortach, jest bardzo dużo turystów. Zarówno obcokrajowców jak i Albańczyków, którzy uciekają z Tirany i innych większych miast nad morze. Albańczycy tłumnie zjeżdżają również z zagranicy – głównie Włoch oraz Grecji, gdzie była największa fala emigracji. Coraz częściej widzimy również tablice rejestracyjne z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwajcarii czy Austrii. Z roku na rok nas Polaków jest też coraz więcej. Z moich obserwacji wynika, że jesteśmy jedną z liczniejszych grup narodowościowych, które podróżują po albańskich drogach.

Te dwa miesiące to również czas najwyższych temperatur. To, że przekraczają trzydzieści stopni to mało powiedziane… nad morzem jest jeszcze znośnie, ale np. w centrum miasta, gdzie nie czuć bryzy jest naprawdę bardzo, bardzo gorąco. Ale w sumie po to jeździ się do tak zwanych „ciepłych krajów” żeby odpocząć od nieprzewidywalnej polskiej pogody.

Czerwiec i wrzesień to miesiące, kiedy temperatura nie powinna przekraczać magicznej trzydziestki. Jednak zdarzyło mi się i takie lato, kiedy do Albanii już w drugiej połowie czerwca przyszła fala upałów.

Przyznam, że bardzo lubię albański czerwiec, kiedy sezon dopiero się rozkręca. Jest zielono, jeszcze nie wszystko jest spalone słońcem i nie ma tłumów. Niektóre knajpki dopiero się otwierają – kurort budzi się do życia. Woda już jest na tyle ciepła, że można się kąpać, a słońce na tyle mocne, że przywieziemy super opaleniznę. Trzeba uważać żeby nie załatwić się tak jak ja! Na swój pierwszy spacer po Vlorze w czerwcu wybrałam się… bez kremu z filtrem. Zdecydowanie nie wyglądałam jak muśnięta słońcem…. raczej jak miss Piggy czy panowie, którzy raczą się trunkami na osiedlowych ławeczkach. Wieczór spędziłam pokryta pantenolem, sącząc wapno zamiast drinka z parasolką.

Wrzesień to czas, kiedy kurort powoli zasypia i wycisza się. Jest to świetny okres na zwiedzanie, ale można się również doskonale „strzaskać na mahoń”. W mniejszych miejscowościach takich jak Himara czy Ksamil we wrześniu nie widać już czasem żywego ducha, a tętniące życiem, jeszcze przed dwoma tygodniami kawiarnie i knajpki są pozamykane na cztery spusty. Obrzeża Vlory też zaczynają się wyludniać, więc jak ktoś zatrzyma się w hotelu z dala od centrum naprawdę może mieć wypoczynek od cywilizacji. Nie ma już tak wielu busików, które jeżdżą do samego centrum, niektóre restauracje też już zaczynają się zwijać. Wiem o tym doskonale mieszkałam kiedyś na przedmieściach Vlory i myślałam, że się zanudzę. Zazwyczaj jak słyszymy, że hotel znajduje się w spokojniejszej części tego miasta oznacza to, że mamy do czynienia z obiektem, który znajduje się minimum 10-15 kilometrów od centrum, a nawet najbliższego spożywczaka. W samej Vlorze nadal normalnie funkcjonują dyskoteki, restauracje i kawiarnie.

Jedne z najczęściej zadawanych pytań dotyczą plażowania.

Albania ma bardzo zróżnicowaną linię brzegową dzięki temu plaże nie są jednakowe. We Vlorze widać ten podział doskonale. Plaża najbliżej centrum jest piaszczysta i bardzo długa, ciągnie się od portu przez ok 4 km. Pokryta jest dość ciemnym, powulkanicznym piaskiem i przy brzegu jak są fale woda nie jest przezroczysta. Później pojawia się coraz więcej kamyczków i zaczynają się plaże kamieniste i zatoczkowe. Są bardzo malownicze, również ze względu na to, że dzięki jasnym kamieniom na dnie woda ma lazurowy kolor i jest krystalicznie przejrzysta. Nie ma tam jednak tak łagodnego zejścia jak na plaży miejskiej i są silniejsze prądy oraz fale. Jak przejedziemy pas ok 7 kilometrów znów mamy plaże z łagodniejszym wejściem do wody z drobnymi kamyczkami. I tak aż do Orikum. To dystans prawie 20 kilometrów licząc od portu – na całej tej trasie są hotele oraz restauracje przy plażach. Można podjechać busem i wrócić popołudniu po plażowaniu.

Po drugiej stronie miasta znajduje się tak zwana „stara plaża” (Plazhi i vjeter) – również piaszczysta i z łagodnym zejściem. Należy tam podjechać busem lub autobusem miejskim mijając tzw. zona industriale czyli część przemysłową miasta, gdzie znajdują się pozostałości m.in. starej fabryki oliwy, ale również elektrownia oraz rafineria. Plaża jest odgrodzona od drogi lasem piniowym i znajduje się tam cały kompleks plażowych restauracji z zimnym piwkiem i smacznymi rybkami.

Zwykle plaże znajdują się przy restauracjach i korzystając z nich trzeba wykupić leżaki. Koszt dwóch leżaków i parasola na cały dzień to 300-500 leków czyli 2-4 euro. Wszystko zależy od klasy restauracji/hotelu, miesiąca oraz widzimisię właściciela. Na ręczniczku można rozłożyć się na plaży publicznej, która znajduje się najbliżej miasta.

Czy jest czysto? A z tym różnie bywa – co jest normalne niestety, bo ludzie śmiecą. Nie jesteśmy idealnym gatunkiem i albo nam się zdarzy zakopać papierek po lodach w piasku, albo zostawić puszkę po piwku… butelkę po napoju… etc etc. Niedziela wieczorem nie będzie idealnym momentem na klimatyczne fotki na plaży, bo w weekend przewija się tam najwięcej ludzi. Plaża publiczna jest regularnie sprzątana, ale najlepiej jest jednak na plażach przy restauracjach, bo tam właściciele starają się sprzątać codziennie i dzięki temu naprawdę jest w porządku. Najciekawsze jest jednak dla mnie to, że leżaki nie są jakoś specjalnie chowane i zbierane z plaży na noc. Można dużo powiedzieć o Albańczykach, ale nie są wandalami – nie niszczą bez sensu dla samej przyjemności niszczenia.

Na koniec trochę zdjęć żeby lepiej wyobrazić sobie wakacyjny klimat 🙂

Summer Depo

Kalaja - Vlora

DSCN0114 DSCN0118

Tak często też wracam z centrum 🙂 Można kawałek iść deptakiem, a kawałek plażą. DSCN0125

DSCN0131 DSCN0134

 

Panowie każdego popołudnia rozkładali się na plaży 🙂DSCN0260 DSCN0265 DSCN0282 DSCN0588 DSCN0591 DSCN0738 DSCN0759 DSCN0762 DSCN0766 DSCN2206

 

Wszystkie zmysły

Przyznaję się bez bicia, że do programu „Kossakowski. Szósty zmysł” podchodziłam dość sceptycznie. Jakoś te jego podróże mnie nie fascynowały. Byłam po prostu podejrzliwa. No, bo co? Przede wszystkich tych wszystkich znachorów i jasnowidzów traktowałam przez pryzmat modnego swego czasu pana „Ręce, które leczą”, który napełniał energią wodę mineralną przez telewizor. Jestem wychowana w bardzo przesądnej wiejskiej kulturze, ale to było dla mnie za wiele. Już nawet Kaszpirowski, do którego modlili się wszyscy był dla mnie podejrzanym typem ze śmieszną grzywką.

Pierwszy mój kontakt z postacią Przemka Kossakowskiego to wywiad w Wysokich obcasach, od których jestem uzależniona (proszę o tym pamiętać na turystycznych szlakach! To cienkie pisemko to dla mnie nie lada gratka!). Czytałam w tramwaju, w drodze do pracy i stwierdziłam, że to strasznie fajny koleś. Dawno się nie spotkałam z takim bezpretensjonalnym podejściem do życia. No spoko, spoko – pomyślałam poruszając chyba wszechświat. Później zadziałały te wszystkie dróżki przeznaczenia i przypadku i gruchnęła wiadomość, że nowa edycja jego programu będzie, nie gdzie indziej tylko na Bałkanach. Jak jeszcze usłyszałam, gdzieś albańskie szwargolenie w tle i hasło Kosowo to ustawiłam wszystkie przypominacze na środę godz. 21:55. Tak pięć minut wcześniej żeby już się ładnie ubrać, umalować i pojechać chociaż na chwilę na Bałkany!

Pierwsze odcinki to wizyta w Rumunii co cieszyło i wprowadzało element oczekiwania. A czekałam z wypiekami jak szalona gimnazjalistka. Cholera ile bym siły nie wkładała w to żeby oglądać wszystko profesjonalnym okiem Przemek K. mnie ujął i chyba pierwszy raz nie zbesztam kogoś o przedstawienie w tym wypadku Kosowa.

Bywa pobieżnie, irytująco skrótowo, ale jakoś tak naturalnie ten cały Bałkański świat się układa. Może dlatego, że program jest ciągłym eksperymentem na żywym organizmie prowadzącego, brak jest typowego spojrzenia z góry na „biedne kraje”. Gdzieś po drodze są wspomnienia o mafii czy wszechobecnych mercedesach, ale nie ma w tym nachalności definiowania narodu przez te symbole. Kossakowski wypada zdecydowanie naturalniej w gestach bratania się z ludźmi niż Martyna Wojciechowska, która próbowała zamknąć wielowiekową tradycję w swoim bardzo ciasnym formacie. Ona zastosowała metodę – znajdźmy temat w jakimś kraju, a później go przytnijmy tak jak nam się podoba i udawajmy obiektywizm. Kossakowski ma trochę inną metodę – nie sili się na panoramę, szukanie fundamentów. Ma konkretne przypadki, które pokazuje i całkowicie subiektywnie komentuje zostawiając sprawy kulturowe trochę z boku.

Bardzo dużo miejsca jest poświęcone gościnności i otwartości Kosowarów. Faktycznie podkreśla się to zdecydowanie w narracji i pokazuje, że Ci ludzie są fajni. Może niemodnie ubrani, z zaciętymi twarzami, ale jacyś bliscy i swojscy. Nie często zdarza się człowiek, który spojrzy na ten świat bałkański bez poczucia wyższości. Z szacunkiem. Bo zawsze chodzi o szacunek, a tego czasem brakuje przybyszom „z lepszego świata”.

A same rytuały – jedynie słyszałam o derwiszach i rytuałach samookaleczania. Inne metody chyba nie są jakieś specjalnie nowatorskie czy innowacyjne. Z resztą w Dzień Dobry TVN plastikowa Jola Pieńkowska obleczona w modny pomarańcz zaczęła wyśmiewać wiarę w dżiny i dość ironicznie podchodzić do całej sprawy. Przemysław delikatnie aczkolwiek dobitnie jej wytłumaczył to, jak ludzie świat postrzegają i że jej postawa no cóż jest… arogancka. No faktycznie mogłaby sobie Jolka troszkę o dżinach w islamie poczytać 😉 Przecież od czegoś są internety i Wikipedia!

Dla ciekawych „Masakra Joli” 🙂

Mnie osobiście zaciekawiła dwujęzyczność tej części o Kosowie. Słyszałam nieustannie przeplatające się serbski i albański pomiędzy gestami, które były znajome jakby pochodziły z południa Albanii, a czasem widziałam delikatne modyfikacje. Chyba tym się najbardziej upajałam.

Polecam Szósty zmysł nawet nie dla samych znachorów i jasnowidzów. Bardziej ze względu na prowadzącego, który z tymi ludźmi i wypije raki i zapali papierosa, ale przede wszystkim traktuje ich poważnie. To nie jest szukanie tematu na siłę ani też głębokie studium o jakimkolwiek kraju. Kossakowski pokazuje, że wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni i nie żyjemy w jakiś innych światach. Chyba fajnie udowodniono to również poprzez piękne zdjęcia oraz ostatnie spotkanie w Kosowie z niepełnosprawnym jasnowidzem. Nie wiem czy to jakaś moc tego człowieka czy dobre ustawienie kamery, ale mimo ewidentnego kalectwa Radu będzie mi się zawsze jawił jako najpiękniejszy człowiek w całej tej serii.

Może, gdzieś tkwi w tym moja naiwność, że daję się wkręcić w takie proste historie, ale mimo, że Przemkowi nieustannie podkręca się filtrami niebieski kolor oczu to jednak mu wierzę. Pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, który niezależnie od kraju zawsze wyglądać może jarmarcznie. Czasem się dziwi, czasem trochę śmieje. Ja też się śmieje i mam na sumieniu o wiele większe grzechy przeciwko narodom bałkańskim niż on. Pokazał biedne wsie? No pokazał, bo one istnieją i nie ma co się oszukiwać, że Kosowo jest jakimś eldorado. Ale to jak sfilmowany został Prizren czy Prishina, albo obrzęd derwiszów? Piękności. Uważam, że równowaga została zachowana.

I tak dziękuję za wycieczkę na moje ukochane południe.

kossakowski

 

Jak pojechać do Albanii i nie mieć kłopotów?

Przyznam, że wyobrażam sobie jak wiele osób rzuca się na ten wpis z przeświadczeniem, że w końcu przyznam, że Albania jest najbardziej niebezpiecznym krajem na Ziemi 🙂

A figa! Tematyka przyszła mi do głowy w czasie rozmowy ze studentem, który zadawał dużo szczegółowych pytań. Pytań czasem „z grubej rury”, ale w sumie trafnych. Bo proszę Państwa jak to jest w sumie z tym seksem w Albanii? 😉

Zanim jednak pójdziemy razem do łóżka trzeba poznać kilka zasad! Zasad, które spowodują, że nie dostaniemy „po mordzie” jak chodzi o Panów, a Panie nie będą musiały uciekać z piskiem od namolnego absztyfikanta.

W Albanii podejście do wakacyjnego, niezobowiązującego seksu jest raczej luźne. Przypomina włoskie dolce vita. Jest i ciepło i są wakacje, więc czemu się dobrze nie bawić? A seks to zabawa!

Drogie dziewczyny, dla Albańczyków zaproszenie na kolację czy dyskotekę powinno mieć jakiś romantyczny finał. Nie będą zadowoleni jeśli wszystko ograniczy się do całusa w policzek na dobranoc. Jednak daleko im do wybuchów agresji czy brania czegokolwiek siłą. Mogą raz czy dwa zapytać czy spróbować skusić wybrankę, ale w najgorszym wypadku po prostu strzelą focha i z dalszych zalotów nici. A Albańcy to królowie focha, którzy są nieczuli na babskie łzy… Skąd to wiem? Tak jakoś wyszło 😉 I co? No dostałam ochrzan godny zapłakanej dziewczynki! Na ulicy nie wypada płakać i koniec! Kropka.

Wypada natomiast wszystko inne! Jesteśmy na wakacjach! Trudno jest dorównać Albankom jak chodzi o makijaż i strój. Są zadbane, ale i wyzywające. Zawsze mocno umalowane, wystrojone. Dlatego też nie trzeba się przejmować czy spódniczka jest za krótka lub brzuch odsłonięty. Pod tym względem w Albanii panuje prawdziwa swoboda. Jeden turysta do tego stopnia poczuł się swobodnie, że paradował po całym mieście w samych stringach czym wzbudził niemałą sensację. Dlatego chłopaki radzę raczej zostawiać takie stylizację wyłącznie na plażę 😉

A jak jest z tymi seksownymi Albankami? Uwielbiają być adorowane, ale trzymają cały świat na dystans. Koniec końców i tak wystarczy kolacja, kilka drinków… Nie znam lepszej recepty – podobno niezawodna, bo Albanki do najświętszych nie należą. Jednak nie ma nic gorszego jak rozwścieczony Albańczyk, którego dziewczyna jest podrywana. Honorowi, nieobliczalni – no w takich momentach muszę przyznać rację, że wychodzi z nich bałkański macho. Lepiej podrywać zajęte dziewczyny kiedy… Albańczyk nie patrzy. A później kolacja, kilka drinków… wierność zdecydowanie nie jest ich cechą narodową.

Ważniejszą cechą jest uwielbienie dla dobrej zabawy i ogólny luz w podejściu do tematów wakacyjnych romansów. Chociaż nikt nie lubi ani nie szanuje w Albanii nadmiernego pijaństwa. Niby  już o tym pisałam wcześniej, ale lepiej nie na umór, ale jak już się przegnie lepiej nie wchodzić w damsko-męskie relacje. Nie trudno o nokaut.

Jak już idziemy ze sobą do łóżka to chodźmy do łóżka, a nie na plażę lub w inne mało intymne miejsce. Albanki nie dadzą się nabrać na romantyczny zachód słońca. Nie wyobrażam sobie jaka afera mogłaby wyniknąć z tego jakby ktoś został złapany, gdzieś w krzaczkach… oczywiście bardziej obciach niż kamienowanie, ale po co narażać się na jakieś nieprzyjemności w obcym kraju? Scen rodem z Warsaw shore też nie widziałam 😉

Jako przedstawicielki jednego z najpiękniejszych narodów w Europie (ba! na całym świecie) nie dziwmy się kiedy ochota na seks z nami zostanie dość bezpośrednio przedstawiona. Nikt nie owija w bawełnę, ale też nie ma nic strasznego na myśli. Nie ma co się obrażać i udawać niewiniątek, po prostu ładnie i spokojnie odmówmy jeśli nie mamy na to ochoty.

O seksie nie ma co gadać za dużo, wiadomo, że w tej kwestii jednak czyny to czyny. Najważniejsze żeby były bohaterskie! Na obcej ziemi to już w ogóle nie może być lipy 😉

Na razie zadziałam na zmysły obrazem. Głównie zmysły męskie, ale chyba każdy poczuje się kuszony wakacyjną i bezpruderyjną atmosferą Albanii!

Lato już czeka

W Polsce powoli zaczyna się wiosna, a w Albanii w piątek obchodzono już Dzień Lata inaczej zwany Dniem Kwiatów. Nic się im nie pomieszało – zwłaszcza, że w Albanii temperatura dochodzi już do 20 stopni. Jest to święto specyficzne dla tego kraju, wiec zacznijmy od początku, czyli skąd, po co i dlaczego?

Tradycja wywodzi się już z czasów pogańskich i w rzeczywistości można mówić o przywitaniu wiosny. Wszystkie kultury od zamierzchłych czasów obchodzą na swój sposób zmiany pór roku, a zwłaszcza odejście zimy, kiedy przyroda jest uśpiona, a pogoda nie sprzyja człowiekowi. W naszym kręgu kulturowym topimy Marzannę oraz obchodzimy Wielkanoc, która oprócz wymiaru religijnego ma również ten symboliczny i uniwersalny aspekt. Wszyscy witamy nowe życie, pierwsze liście, kwiatki i pisklaki z wielką radością mimo, że żyjemy w czasach centralnego ogrzewania oraz importowanych warzyw i owoców. Co ciekawe czytając o różnych zwyczajach obchodów tego dnia spotkałam się z bliskimi nam symbolami jajka oraz wody. Gdzieniegdzie pojawiają się też wzmianki o rozpalaniu ognisk i skakaniu przez nie co ewidentnie kojarzy mi się z Nocą Kupały.

Centralnym punktem albańskich obchodów jest Elbasan – miasto położone w samym centrum kraju. Właśnie z tą miejscowością związana jest legenda mówiąca o tym skąd wywodzi się święto. Na obrzeżach miasta znajdowała się świątynia Cermanikes, z której właśnie 14 marca wyszła bogini lasów, łowiectwa i całej przyrody. W czasach starożytnych, kiedy używano kalendarza juliańskiego marzec był pierwszym miesiącem roku i święto przypadało na pierwszy jego dzień. W języku albańskim nadal znajdujemy pozostałości używania tego kalendarza, a konkretnie w nazwach miesięcy. Prawdziwe święto początku, które współcześnie nabiera również nowego wymiaru, gdyż z albańskim latem kojarzy się jednak turystyka. Przygotowania do sezonu czas zacząć!

Tego dnia Elbasan ogarnia prawdziwy wiosenny festiwal pełen koncertów, występów oraz straganów z tradycyjnymi wyrobami (w tym roku motywem przewodnim wszystkich obchodów była promocja produktów „made in Albania”). Najbardziej znanym symbolem święta są słodkie ballokume czyli ciastka, które przygotowuje się z mąki kukurydzianej, cukru pudru, masła oraz jajek.

ballokume

Albańczycy również prywatnie świętują. Bez patosu i specjalnego namaszczenia. Najważniejszy jest wspólny obiad oraz odwiedzanie znajomych oraz sąsiadów.

W stolicy także widoczne są obchody pierwszego letniego dnia. Ulice przystrojone kwiatami oraz typowe dla tego dnia festyny, w których chętnie uczestniczą politycy – tym razem w strojach casual. Na wszystkich kanałach dominują informacje o obchodach i gadające głowy składają wszystkim życzenia.

Zamiast opowiadać lepiej pokazać:

A na koniec moje ukochane cekiny i piosenka o pięknych chłopaku i letnim dniu! Bo to już całkiem niedługo 🙂

 

Wypadek podczas kolacji

W ciągu ostatnich miesięcy na polskim rynku wydawniczym pojawiły się aż DWIE albańskie książki! Sama nie wierzyłam własnym oczom, ale jedna po drugiej wychodziły powieści nie kogo innego, jak Ismaila Kadarego! Oczywiście w tłumaczeniu Doroty Horodyskiej!

W moim blogu padło już nazwisko Kadarego, który pozostaje najbardziej znanym i utytułowanym pisarzem albańskim na świecie. Można się podśmiewać, że tak znanym, że nikt normalny go nie kojarzy. W sumie racja – naszych wieszczy też nikt normalny za granicą nie kojarzy, więc jedziemy z literaturą albańską na tym samym wózku. Nie martwi mnie to wcale, gdyż jest to literatura doskonała.

Sam autor jest postacią ciekawą i kontrowersyjną – można napisać, że ciekawą, bo kontrowersyjną. Ismail Kadare urodził się w Gjirokastrze w 1936 roku i jego życie oczywiście splotło się z czasami dyktatury Envera Hoxhy. Jako dziennikarz, deputowany do parlamentu, a w końcu pisarz, który już swoją pierwszą powieścią narobił międzynarodowego zamieszania zawsze znajdował się w pobliżu władzy.

Po dziś dzień niektórzy uważają go za pupilka komunistów. Z kraju wyemigrował dopiero w 1990 roku, kiedy Hoxha już nie żył, a system padał. Wcześniej tego nie zrobił – chociaż wyjeżdżał za granicę… i „przemycał” pod przykrywką tłumaczeń mikro powieści  uderzające w ówczesne władze.

Faktycznie książki, które tworzy w zasadzie zawsze – nawet na marginesie i od niechcenia – komentują metaforycznie Albanię czasów koszmaru.

Podobnie jest z najnowszymi pozycjami, które ukazały się na naszym rynku. Są również zbiorem motywów znanych z innych powieści.

Pierwszym znakiem charakterystycznym stylu Kadarego jest tajemnica, której „rozwiązanie” wcale nie satysfakcjonuje czytelnika. W 'Wypadku” mamy sprawę wypadku samochodowego – zdawać by się mogło banalną, natomiast „Kolacja dla wroga” to całe zestawienie tajemnic zaplątanych w okół tytułowej kolacji.

W pierwszej z powieści Kadare moim zdaniem czasem nawet zbyt mocno zaciera ślady i miesza szyki. Nie wiadomo co jest prawdą, a co snem. Czasem nawet nie do końca wiemy kto jest narratorem, czy to jeszcze zeznania czy już wspomnienia nieżyjących od pierwszych stron głównych bohaterów. Tropem może być samobójstwo nieszczęśliwych kochanków. Może to być również morderstwo na tle politycznym, gdyż mężczyzna był analitykiem Rady Europy zajmującym się konfliktem na Bałkanach.

Nie będę ukrywać, że historia tym razem mnie zmęczyła i ukończenie książki nie wywołało we mnie fali entuzjazmu jak inne jego powieści. Czytałam opnie, że powieść wydaje się być przekombinowana. Mam podobne odczucia – mimo całej erudycji i kunsztu autora. Gdzieś zginął klimat, który u pisarza niezwykle cenię.

Natomiast „Kolacja dla wroga”, która wywołuje we mnie już pozytywne emocje to przede wszystkim portret rodzinnego miasta autora- Gjirokastry. Dumnego, z monumentalną i złowieszczą twierdzą na wzgórzu, mającego swoje opowieści (np. o arystokratkach czy pijaku o nazwisku Kadare, który przegrał w karty swój dom) i swoje sekrety. W tej scenerii ołowianych dachów i tysiąca schodów rozgrywa się historia z czasów Drugiej Wojny Światowej oraz komunizmu.

Tytułowy posiłek to legendarna kolacja, która miała miejsce w czasie wojny. Podobnie jak w książce niemieckich okupantów, którzy wkroczyli do miasta zaprosił Albańczyk. W trakcie kolacji zostali uwolniona pojmana grupa mężczyzn, którzy mieli ponieść karę w imieniu całego miasta, które stawiało opór.

Jaki przebieg miała sama kolacja, jak doprowadził do niej doktor Gurameto będący gospodarzem dla niemieckiego oficera von Schwalbego, dlaczego uwolniono zakładników, w tym Żyda, czy gość był tym za kogo się podaje… takich pytań w książce pojawia się z czasem coraz więcej, a ich prawdziwy wybuch następuje po wojnie, kiedy do władzy dochodzą komuniści, a życie Stalina wisi na włosku. Pojawiają się spiski i wszechobecna totalitarna paranoja.

c80a90eb-aebb-47a9-ba58-c6dd20be5574_470x kolacja dla wroga(1)

Kadare jest pisarzem, który pisze w sposób uniwersalny – nie jest hermetyczny i faktycznie wystarczą podstawowe informacje na tema Albanii żeby spokojnie rozkoszować się lekturą. Zawsze jak czytam jego książki w głowie otwiera mi się szufladka z prozą Orhana Pamuka oraz Ivo Adricia – chyba to znak, że czas na Nobla, gdyż zestawiam go z noblistami właśnie.

Ta właśnie nagroda jest jednym z najgorętszych tematów, które pojawiają się w kontekście pisarza. Znam nawet Albańczyków, którzy nie czytują Marqueza, bo uważają, że zabrał Kadaremu Nobla z przed nosa. Co jakiś czas w prasie pojawiają się artykuły, które albo w tytule albo w treści zawierają słowo NOBEL… Życzę żeby to się ziściło, bo byłoby super usłyszeć o Albanii w takim kontekście.

Feel the flow… wspomnienia z podróży II

Albania różni się od Kosowa.

Oczywiście wszystko przenika się i miesza. Kotłuje w wiecznym bałkańskim tańcu. Każdy „Bałkaniec” ma na twarzy piętno Imperium Osmańskiego. Gdzieś w ciemnych oczach, rysach, czarnych włosach… sama nie wiem. Mieszkańcy wszystkich krajów półwyspu mają w swoich twarzach specyficzną melancholię i zaciętość. Dzikość, mocny zarost i mocny makijaż. Nawet jak się śmieją to ich oczy jakoś tak diabelsko błyszczą szaleństwem, które w każdej chwili może wybuchnąć i stać się zarzewiem kolejnego konfliktu. Te ich wojny paliły już nie raz nasz kontynent. Nie raz rozbudzały cały świat, który zastygał w oczekiwaniu jakiejś nieopisanej katastrofy. Katastrofy, która objawiała się na tym obszarze zapomnianym przez Boga, a zarazem przez Boga tak dopieszczonym.

Poprzedni wiek nie był łaskawy. Jugosławię rozdarła wojna, natomiast Albania wpadła w szpony straszliwego totalitaryzmu. Jak już uciekli z pod jarzma też nie działo się dobrze… ale chyba w końcu wyjdą na prostą. Oczywiście jak oświecona Europa im pozwoli.

Albania powitała mnie deszczem…

Granicę przekroczyliśmy bez najmniejszych problemów i kontynuowaliśmy podróż naprawdę świetną trasą. Widoki jak przystało na kraj kontrastów zaskakiwały moich towarzyszy podróży. Góry i opuszczone postkomunistyczne budynki, które przerażały brakiem szyb. Miejsca, które zupełnie nie zaadaptowały się w nowych realiach. Symbolem tego upadku poprzedniego systemu zdecydowanie może być piramida Hoxhy, która straszny w samym centrum pędzącego w stronę kapitalizmu miasta. Albania nie wie co zrobić z  komunistycznymi wspomnieniami, ale właśnie swoja nieporadnością bardzo poprawia nastrój przybyszom z tej lepszej Europy. Chociaż trzeba przyznać, że centra handlowe mają tak samo bezduszne jak i w Polsce. Marki te same, chociaż znajdziemy też dużo niepopularnych u nas włoskich produktów. Buty i torebki z mojej perspektywy godne westchnień. Z resztą moje ukochane buty przywiozłam z Albanii właśnie i boję się, że kiedyś po prostu rozpadną się, gdzieś w podróży.

A Vlora zimą jest zaspana. Od zatoki wieje i wilgoć wdziera się wszędzie. Widać ten melancholijny rys jeszcze wyraźniej na albańskich twarzach. Wszyscy znajomi powtarzają, że zima to straszna nuda. Pogoda jest, ale nie ma komu jej doceniać, gdyż miasto jest w letargu. Albania zimą wydaje się nieprzyjazna – niezwykle hermetyczna. Brak kolorów sprawia, że zdaje się być narysowana grubą kreską, która może wzbudzać niepokój. Na pewno nie poddaje się łatwo obserwacji. Myślę, że fajnie się czasem zatrzymać i zastanowić, a nie w kółko powielać jakieś schematy. Nabrać dystansu.

Dobrze jest znaleźć knajpę przy porcie, gdzie pan w zaplamionym żółtym golfie będzie podawał nam najlepsze ryby na świecie. Przygotowane tak, że nie powstydziłaby się ich najbardziej wypasiona restauracja.

Dobrze jest spojrzeć na gruzowisko pozostałe po hotelach, które nie miały zgody na budowę i stwierdzić, że teraz z każdego punktu deptaka będzie widać morze i Vlorę w pełnej krasie.

Dobrze też trochę się zasmucić, że pośród tych gruzów legła również knajpka z pyszną jagnięciną lub miejsce, które pamiętało się ze względu na jakiś niewiele znaczący dla ludzi drobiazg. Jeżeli reagujemy na coś żywiołowo i osobiście to znaczy, że jesteśmy na swoim miejscu.

Albania powitała mnie deszczem… żeby później rozpogodzić się i zażartować „Tylko Cię sprawdzałam! Jesteś nasza.”

1004092_10152030163212737_1085928652_n 1013308_10152030162727737_1144206418_n 1546207_10152030163402737_923888230_n 1654277_10152030162927737_998061081_n 1794592_10152030163267737_1898797294_n 1796541_10152030163567737_1025618018_n